O moich Rodzicach pisałam już w tym
miejscu… Ale wracam do nich pamięcią bardzo często. To z wielkiej do nich miłości,
zawdzięczam im bowiem baaaardzo wiele! Jest w tym jakiś paradoks, a mianowicie
tych wartości przekazanych mi (i moim braciom) w pełni nie doceniałam, będąc w
domu rodzinnym. Ale z upływem czasu wracam do nich coraz częściej. Kiedyś
wskazania Rodziców wydawały się niezwykle trudne i wymagające, dziś odbieram je
jako najcenniejszy skarb, który pozostał w sercu i pamięci na całe życie.
Wczoraj moja Mama skończyłaby sto
trzynaście lat. Odeszła do wieczności w wieku osiemdziesięciu czterech. Niby
tak dawno, ale jest wciąż żywa! W mojej pamięci i w sercu. Pamiętam jej piękne,
delikatne ręce, które z taką miłością tuliły naszą trójkę. Miała w sobie tyle
prawdziwej słodyczy i miłości, którą promieniowała.
I – co dzisiaj jest dla mnie
najważniejsze – miała w sobie wiele mądrości – nie tej książkowej, ale takiej,
która wyrosła z życiowych doświadczeń. Była to mądrość Boża. Nie skończyła
studiów psychologii, ale doskonale wiedziała, jak człowiek powinien żyć – w
zgodzie z samym sobą oraz z innymi ludźmi. Fundamentem był dla niej Pan Bóg.
Nic nie zdołało zakłócić tej relacji! To właśnie bliskość Opatrzności sprawiła,
że nie złamały jej przeciwności losu – czy to związane z wygnaniem na początku
wojny, czy trudy tułaczki, czy też odebranie majątku prze komunę, trudy życia w
tym czasie…
Moja Mama miała piękny uśmiech;
obdarowywała nim nie tylko nas, swoje dzieci, ale każdego człowieka. To pewnie
dlatego lubili ją wszyscy.
Może ten obraz wyda się komuś zbyt
wyidealizowany, ale to nieprawda. Ona naprawdę taka była! Piękna duchowo i zewnętrznie. MOJA KOCHANA MAMA! (Powyżej zdjęcie z czasów wojny - na wygnaniu)
Wpis: 14 stycznia godz. 9: 45
