Jak
nietrudno zauważyć, pewne myśli
powtarzam po latach. Dlaczego? Z dwóch względów. Po pierwsze - zadaję sobie
pytanie, czy to, co napisałam kiedyś, odmieniło moją osobę? Ale także dlatego,
że życie powraca z podobnymi problemami.
A
zatem… Wszystko trzeba przyjąć!
Co przyjąć? Na wszelkie dobro jesteśmy wszyscy
otwarci: chętnie słyszymy dobre słowa,
może nawet jakąś pochwałę, bo to „podnosi” nasze ego… Cieszymy
się, gdy jesteśmy zrozumiani – nie tylko przez najbliższych.
Ale – jak to bywa w przypadku słów krytycznych,
może nawet ostrych?! Są trudne do przyjęcia!!!
Bywają też sytuacje trudne do
przyjęcia, ale… musimy sobie z nimi radzić - czy tego chcemy, czy nie chcemy!
Zatem… może rzeczywiście wszystko
trzeba przyjąć!? Na przykład – co?
Właśnie tę krytykę;
słowa trudnej prawdy od drugiego
człowieka;
także słowo bolesne…
Trudności życiowe (bo – paradoksalnie!
- nas ubogacają i czynią silniejszymi!)
Złość drugiego człowieka;
niezasłużoną naganę;
niespodziewaną reprymendę;
dezaprobatę ze strony osób, od których
najmniej tego się spodziewamy;
nawet odrzucenie;
porażkę i upokorzenie;
brak zaufania od ludzi, których uważamy
za przyjaciół;
brak miłości ze strony bliźniego…
To wszystko uczy nas pokory – trudnej i niekiedy – zdaje się –
nieosiągalnej! Ale jednak możliwej!
Bo… tego wszystkiego doświadczył Pan Jezus i nadal doświadcza!
Często „chodzi” mi pogłowie taka myśl: Pan Jezus uzdrowił tysiące
ludzi, pomagał, podnosił na duchu i nade wszystko kochał! A potem ci sami
ludzie Go ukrzyżowali!!!
Nie muszę dodawać, ze Chrystusowa postawa jest najlepszą lekcją
pokory. Prawdziwej! Ja jej jeszcze nie osiągnęłam!
Wpis: 5 lutego godz. 10:00