Różaniec ma wartość bezcenną! To mój
wielki skarb.
Kiedy biorę go do ręki, mam wrażenie,
że dotykam samej Matki Bożej. Każdy
kolejny paciorek niesie modlitwę, nadzieję, czasem łzę, ale i wielką
wdzięczność. Różaniec jest jak mała droga, którą można przejść razem z Maryją. Krok po kroku, tajemnica po tajemnicy, wraz z Maryją rozważam życie Pana Jezusa.
Kocham Różaniec za jego prostotę. Można
modlić się nim wtedy, gdy serce jest pełne radości, ale i wtedy, gdy jest mi
bardzo smutno. Wystarczy przesuwać paciorki i powtarzać: „Zdrowaś Maryjo”. I
nagle okazuje się, że te dobrze znane słowa zaczynają mówić o tym, czego sama
nie potrafię wypowiedzieć.
Różaniec jest dla mnie modlitwą
obecności Pana Jezusa i Matki Bożej – mimo że niekiedy myśli uciekają w stronę
codziennych obowiązków, problemów i trosk. Ale zawsze wracam.
Jest w Różańcu coś niezwykle pięknego:
jego rytm. Dziesiątka za dziesiątką, „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Chwała
Ojcu”. Powtarzalność, która nigdy nie znuży, lecz uspokaja. Jak bicie serca.
Jak spokojny oddech.
Kiedy modlę się na Różańcu, powierzam
Maryi ludzi, których kocham. Ich radości i cierpienia, zdrowie i choroby,
marzenia i lęki. Powierzam Jej również tych, których trudno mi zrozumieć. Są
sprawy, których nie można rozwiązać jednym słowem ani jednym gestem. Można je
natomiast złożyć w różańcowej modlitwie.
Patrząc na codzienne wydarzenia razem z
Maryją, zaczynam rozumieć, że nawet najciemniejsza chwila kiedyś się skończy.
Dlatego szczególnie bliska jest mi myśl, że Maryja zawsze była obecna przy
Jezusie. Była również pod krzyżem. Dlatego w trudnych chwilach Różaniec
przypomina mi, że nie muszę przechodzić przez życie samotnie. Mogę wziąć do
ręki te niepozorne paciorki i powiedzieć: „Maryjo, bądź ze mną i prowadź.”
Różaniec towarzyszy mi zawsze. Najczęściej
znajduje się w kieszeni. Innym razem zaciskam go w dłoni, kiedy niepokój staje
się silniejszy ode mnie. Jest mały, a daje poczucie ogromnej bliskości. Jest
jak cichy głos: „Nie jesteś sama”. Różaniec nie obiecuje, że życie będzie
łatwe. Nie usuwa wszystkich problemów. Ale uczy, jak przeżywać je z Bogiem.
Różaniec stał się dla mnie czymś więcej
niż modlitwą odmawianą z przyzwyczajenia. Stał się spotkaniem. Bezpiecznym
miejscem, w którym można złożyć wszystko to, czego nie da się unieść samemu. Dlatego
kocham Różaniec.
Kocham jego prostotę i głębię. Jego
ciszę i rytm. Kocham go za chwile łez i za chwile pokoju. Za to, że można się
nim modlić zarówno wtedy, gdy serce śpiewa z radości, jak i wtedy, gdy płacze.
A najbardziej kocham go za to, że za
każdym razem przypomina mi o jednej prawdzie: nigdy nie jesteśmy sami, jeśli
swoje życie potrafimy oddać w ręce Boga.
Wpis: 4 września godz. 11:40