Kochać Jezusa dla Niego samego — to
znaczy odnaleźć w Nim nie tylko pocieszenie, ratunek czy spełnienie własnych
pragnień, ale umiłować Go całym sercem dlatego, że On jest. Nie dla darów,
które daje, lecz dla Jego obecności. Nie z lęku przed samotnością ani z nadziei
na nagrodę, lecz z zachwytu nad Jego miłością, łagodnością i prawdą.
To miłość, która nie stawia warunków.
Taka, która trwa również wtedy, gdy modlitwa wydaje się nieusłyszana, gdy niebo
milczy, a droga staje się coraz trudniejsza.
Kochać Jezusa dla Niego samego oznacza
powiedzieć Mu: „Panie, nawet gdybyś nie dał mi nic poza sobą — Ty mi
wystarczasz”.
Jest w tej miłości coś niezwykłego!
Dusza przestaje szukać siebie, a zaczyna szukać Jego spojrzenia. Człowiek nie
pyta już: „Co otrzymam?”, ale: „Jak mogę być bliżej Ciebie?”. Wtedy wiara staje
się nie obowiązkiem, lecz tęsknotą. Modlitwa — nie tylko prośbą, lecz
spotkaniem. A serce uczy się spoczywać w Bogu, jak dziecko w ramionach Ojca.
Kochać Jezusa dla Niego samego to także
przyjąć Jego krzyż razem z Jego światłem. To pozostać wiernym nie tylko na
Taborze zachwytu, ale i w ciszy i bólu Ogrodu Oliwnego. To wybierać Go każdego
dnia — nie dlatego, że wszystko jest łatwe, lecz dlatego, że On jest godzien
wszelkiej miłości.
I może właśnie wtedy człowiek odkrywa
największą tajemnicę, że im bardziej kocha Jezusa bezinteresownie, tym bardziej
sam staje się naprawdę kochany, przemieniony i wolny.
Wpis: 3 czerwca godz. 9:15