wtorek, 24 września 2013

Wieczorne refleksje na cmentarzu…

Wszystko ma swój czas
I jest wyznaczona godzina
Na wszystkie sprawy pod niebem:
Jest czas rodzenia i czas umierania,
Czas płaczu i czas śmiechu,
Czas mówienia i milczenia… (Kohelet)
 
To motto wczorajszej homilii na cmentarzu…
„Wizyta” w tym miejscu zawsze skłania
do refleksji nad swoim życiem…
Jaki jest ten mój czas…
W którym jestem miejscu…
Jakie jest moje życie…
Jak zostało „zagospodarowane”?
Czy mogło być inne? Lepsze? Doskonalsze?
Ile w nim dobra, ile zła?

 
  
 

poniedziałek, 23 września 2013

Czym są dla nas Misje Święte…

Na pewno są bardzo ważnym czasem, takim „przerywnikiem” w naszej codzienności, która często pochłania nas tak bardzo, że trudno znaleźć w niej przestrzeń dla Pana Boga… Zatem nadszedł ten czas, abyśmy zatrzymali się w codziennym biegu i uczciwie zastanowili się nad sobą, nad swą relacją do Pana Boga, nad swoim miejscem na ziemi.
Spróbujmy zadać sobie kilka pytań, które pomogą w tym zastanowieniu…
Czy mam świadomość, że ten święty czas jest nam bardzo potrzebny?
Czy znajdę czas dla Pana Boga?
Czy pragnę odnowić i pogłębić swoją wiarę?
Czy pragnę spojrzeć Bożym okiem na własne sprawy?
Czy wierzę, że Misje Święte pomogą mi uporządkować swoje życie?
Czy pragnę rozpoznać wolę Bożą w swoim życiu?
Czy poprzez Misje pragnę naprawienia relacji z ludźmi, z którymi żyję, pracuję, których nie akceptuję, osób bliższych i dalszych memu sercu?
Czy chcę umocnić moją wiarę poprzez uczestniczenie w codziennej Mszy św. i naukach rekolekcyjnych?
Czy wierzę,
że Pan Jezus czeka na mnie codziennie,
ukryty w białym kawałku świętego Chleba,
że poprzez swoją obecność pragnie mi pomóc,
umocnić i razem ze mną dźwigać
krzyż codzienności, niekiedy bardzo trudnej…
 
Życzę sobie i wszystkim Współbraciom w wierze pięknego przeżycia czasu Misji Świętych! Trwajmy w ciszy, trwajmy przy Chrystusie, który nas kocha i bardzo pragnie przemiany naszych serc!
 
 
 
 
 

niedziela, 22 września 2013

Początek Misji Świętych…


Cieszę się na Misje Święte w naszej parafii!!! Właśnie się rozpoczęły… To wielkie wydarzenie, które pozwoli przyjrzeć się bardziej dokładnie swojemu wnętrzu… To dany nam czas wielkiej Bożej łaski, która pomoże odbudować w sobie to, co zostało zniszczone przez grzech lub zaniedbane przez duchowe lenistwo. Bł. Jan Paweł II nazwał Misje Święte niezastąpionym środkiem intensywnej odnowy życia chrześcijańskiego. (…) Polska jest krajem potrzebującym pilnie Nowej Ewangelizacji. Kościół w pierwszym rzędzie od was oczekuje, że poświęcicie wszystkie siły, aby głosić prawdę o krzyżu i zmartwychwstaniu Chrystusa współczesnemu pokoleniu Polaków i przeciwstawić się największej pokusie naszych czasów – odrzuceniu Boga.

Dzisiaj ks. misjonarz postawił słuchaczom zasadnicze pytanie, odwołując się do słów Pana Jezusa, skierowanych do ludzi, którzy szli za Nim: Czego szukacie? Postaw sobie, i Ty, Człowieku, to pytanie… Stawiam je sobie i ja! Czego szukam w tym błogosławionym czasie Misji Świętych? Znalazłam odpowiedź jeszcze w czasie Mszy Świętej! 

Szukam Miłości Chrystusowej…

Miłości przebaczającej...

Miłości, która leczy wszystkie rany serca…

Miłości ogarniającej bez względu na moje upadki i błędy…

Miłości, która trwa bez względu na moje odejścia…

Miłości, która nigdy nie ustaje…

Miłości, która prowadzi mnie ku Dobru i zawsze wskazuje drogę…

Miłości, która uczy pokory…

Miłości, która dodaje odwagi w nieustannym przyznawaniu się do Boga…

Miłości, co nigdy nie zawodzi!

I trwa bez względu na moje złe nastroje, pretensje, narzekania…
 
 
 
 

sobota, 21 września 2013

Odnieść zwycięstwo nad samym sobą…

To chyba najtrudniejsze zwycięstwo! Zwycięstwo poprzedzone bardzo długą walką – mozolną, każdego dnia, niemal każdej godziny, minuty…
Jak to zwycięstwo osiągnąć? – zadaję sobie pytanie… A może by tak posłużyć się taktyką wojenną? Najpierw trzeba poznać przeciwnika… Któż nim jest? Jestem nim ja sama (ja sam) ze swoimi wszystkimi przypadłościami, ułomnościami, wadami, upadkami, słabościami… Jak tego przeciwnika pokonać? Trudne pytanie! I trudna odpowiedź, bo muszę poznać wszystkie swoje słabości, przyznać się do nich przed samą sobą! Jeżeli tego nie zrobię, to nigdy nie wygram tej walki! I nie odniosę zwycięstwa! Niełatwa sprawa, bo muszę użyć broni w postaci odwagi i …pokory! Z odwagą może nie byłoby tak trudno, gorzej z pokorą! To największy oręż przeciw złemu duchowi, który wytacza przeciw nam najbardziej skuteczną broń, uderzając w naszą pychę… Ona jest w nas, chociaż nie chcemy się do niej przyznać! Jest od zarania dziejów, od Adama i Ewy.
Zatem, jeżeli uświadomię sobie swoje grzechy (czy jakkolwiek je nazwać), to zrobiłam (zrobiłem) już pierwszy krok w walce o zwycięstwo… A teraz nadejdzie kolejny etap, który… trwa całe życie! Walka – codzienna, cierpliwa, nieustanna, walka o zwycięstwo dobra nad złem w naszych sercach! W tej walce nigdy nie jesteśmy sami! Podobnie, jak wódz prowadzi swoje wojsko niestrudzenie do zwycięstwa, tak Chrystus jest z nami cały czas i bardzo pragnie, abyśmy zwyciężyli! Abyśmy pokonali samych siebie!
 
Ps. A’propos pychy… Powtórzę za ks. Tomaszem Stroynowskim: Pycha generalnie jako przeciwieństwo pokory jest kłamstwem, jest życiem z fałszywym obrazem samego siebie, który akceptujemy i bezkrytycznie podtrzymujemy. Ten nieprawidłowy obraz nas samych wypacza nasze odnoszenie się do innych. (…) Pokora jest w szczególny sposób miła Bogu, pycha zaś uniemożliwia łasce Bożej wszelkie działanie. Ludzie pokorni zostaną obdarowani łaską i będą wzrastać, choć uważają się za małych, będą zbawieni… Stawajmy się więc pokorni, poznawajmy siebie, zastanawiajmy się nad swoim postępowaniem i nad tym, co tak naprawdę kieruje naszym postępowaniem. (…) Żyjmy z tą świadomością, że wszystko, co mam, otrzymałem od Boga.
Mając taką świadomość, łatwiej będzie nam odnieść zwycięstwo nad samym sobą! O ile jesteś wielki, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana! (Syr 3, 17-18)  
 
 

piątek, 20 września 2013

„Człowiek – to wielkość i małość jednocześnie”

Wielkość kojarzy się najczęściej ze sławą, znaczeniem, wybitnymi czynami... A co mieści w sobie słowo „małość”. Często nadużywamy tego pojęcia w odniesieniu do ludzi, wobec których chcemy wyrazić swoją niechęć. Tymczasem nie jest to słowo tak jednoznaczne! Bo czymże może być małość? To mierność, przeciętność, nicość – przejawiające się w tchórzostwie, bojaźliwości, chwiejności... Ale także jest to bezradność wobec nieszczęść, niepowodzeń, trudnych doświadczeń, nieumiejętność sprostania sytuacji, wyzwaniom losu, zależność od własnych słabości, kruchość postawy...
Myślę, że w każdym z nas tkwią i wielkość, i małość, ujawniają się w różnych, najczęściej nieprzewidzianych sytuacjach. Najłatwiej mówi się o bohaterach znanych z literatury… Ale spróbujmy spojrzeć na siebie… To już nie jest ani takie łatwe, ani proste!
Gdzie zatem tkwi źródło wielkości i siły tych wielkich?          
Wielkość biblijnego Hioba przejawia się w poczuciu godności i poddaniu się woli Bożej. Wobec dotkliwych nieszczęść zachował postawę pełną dostojeństwa, nie przeklinał Boga, cały czas był Mu wierny i przekonany o swej niewinności.
Ale można sięgnąć po inne, znacznie mniej drastyczne przykłady wielkości … Święci! Wielcy duchem i Bożym zapałem! Jest to tak liczne grono, że niebo pęka chyba  w szwach… Mamy więc kogo naśladować! W czym? We wszystkim! W postawie godnej chrześcijanina, w odwadze, prawdomówności, w miłości bliźniego, w najzwyczajniejszej codzienności, w której przeżywaniu też można być wielkim człowiekiem… Znam takich!
U progu Misji Świętych, które wkrótce odbędą się w naszej parafii, stawiam sobie pytanie: Ile we mnie małości, a ile wielkości? Codzienność niesie wiele zdarzeń, w których mamy możliwość sprawdzenia się i uczciwej odpowiedzi na pytanie: Jaki (jaka?) naprawdę jestem? To taki codzienny rachunek sumienia, który… pewnie nie zawsze wypada pięknie!
 
 

środa, 18 września 2013

Jaka modlitwa, taka doskonałość (św. Albert)



Postaw sobie pytanie…

Przynajmniej od czasu do czasu…

Czy wierzysz, że modląc się, rozmawiasz z Bogiem,

chociaż Go nie widzisz…

Czy wierzysz, że On jest przy tobie,

że słucha twoich modlitw,

że pragnie ci pomóc,

że kocha, że pragnie twego szczęścia

na miarę Swojej wielkości…

Czy wierzysz w Jego miłość…

Czy wierzysz, że Jego bliskość potrafi przemienić

Twoje myśli, słowa, czyny…

Czy wierzysz, że wpatrując się w Jego oblicze,

stajesz się lepszym człowiekiem,

bo On użycza ci swojej miłości, dobroci, mądrości…

Czy wierzysz, że Jego świętą obecność

i ciebie uświęca, doskonali…

Jaka modlitwa, taka doskonałość!

 
 



 

 

wtorek, 17 września 2013

Epitafium dla Marii…

Nie poruszam spraw osobistych na moim blogu, ale czasami odstępuję od tej zasady… Dzieje się tak w przypadku moich śp. Rodziców i śp. mojego Brata Mariana… Ale zdarza się też, gdy odchodzi jeszcze ktoś, o kim chciałabym napisać z potrzeby serca…
W najdłuższą pielgrzymkę wybrała się moja kuzynka, śp. Maria. Łączyły nas nie tylko więzy krwi, ale i rodzinne Pniewy, nasza mała ojczyzna, w których spędziłyśmy piękne dzieciństwo i młodość… Wraz z dojrzałym wiekiem rozeszły się nasze drogi, jak to w życiu bywa…
Maria odeszła w święto Matki Boskiej Bolesnej, wczoraj odprowadzono ją na miejsce wiecznego spoczynku w Opalenicy… Żegnały ją tłumy ludzi! Jakże to wymowne! Była dobrym duchem, pełna spontanicznej, autentycznej radości, siała dobro jako matka i pielęgniarka – położna… Jako człowiek! Towarzyszyła szczęśliwym mamom, odbierała jako pierwsza ich dzieci, cieszyła się ich radością… A potem - przez sześć tygodni!!! – codziennie odwiedzała młode mamy, cierpliwie i z miłością pielęgnowała ich pociechy… Przynosiła radość, była radością – wśród najbliższych, znajomych i całkiem obcych ludzi! Uśmiechała się do końca, mimo że tak bardzo cierpiała!
Niech Ci Pan Bóg otworzy szeroko podwoje nieba za wszystko dobro, które siałaś wokół siebie, Kochana Marysiu!