wtorek, 12 czerwca 2012

Zrozumieć wlasne życie...

Zrozumieć własne życie w świetle Bożej mądrości…
To słowa usłyszane w niedzielnej homilii – jakże mądre i… prawdziwe! Bo – czy zastanawiałeś się nad sensem swego życia? Zapewne tak… Ale – czy zrozumiałeś,
dlaczego nie jest usłane różami,
dlaczego w nim tyle niezrozumiałych krzyży,
dlaczego niekiedy tyle łez,
nieprzewidzianych zdarzeń,
tyle słów, które bolą i bardzo ranią… 

I co, do jakiego doszedłeś (doszłaś) wniosku?
Może masz pretensje do Pana Boga (ja je miałam)…
Może pytasz, dlaczego właśnie mnie to spotkało (ja tak pytałam)…
Może się buntujesz przeciwko temu, co Cię spotyka (ja się buntowałam)…
Może nie chcesz przyjąć smutku i łez (ja nie chciałam)…
       Do czasu!!!!!!!!!!!!

Trzeba przeżyć niekiedy wiele lat, by zrozumieć własne życie w świetle Bożej mądrości… Dostrzec w nim obecność Chrystusa, który prowadzi wśród burz i zakrętów… Trzeba po prostu pozwolić Mu się prowadzić! Zawierzyć Mu swoje życie… Całkowicie, bez reszty…

Zaufałam Mu! I kolejny raz powtarzam: Jestem szczęśliwym człowiekiem! Z Jego pomocą i miłością postrzegam świat i wszystko, co się toczy wokół mnie jako Boży dar, który mnie umacnia, który pozwala widzieć życie w innym wymiarze – nieskończonym… I co? Jest mi zdecydowanie lżej! Zwłaszcza, że otrzymałam wiele innych darów, o które wcale nie prosiłam… Wśród nich – właśnie owo zrozumienie swego istnienia w świetle Bożej mądrości… Za wielki dar uważam również ludzi, których Bóg postawił na mojej drodze – ludzi mądrych, szlachetnych i pobożnych, od których ciągle uczę się życia…


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Wzruszenia... staromodne?!

Czy jeszcze coś Cię wzrusza, Człowieku XXI wieku? To pytanie kieruję zarówno do siebie samej, jak i do Ciebie… Może trzeba je sobie zadać właśnie teraz, gdy życie toczy się na najwyższych obrotach, gdy brak czasu na głębszą refleksję, a uznane od wieków wartości tracą pierwotny sens…
Czy zatem jeszcze umiem się wzruszyć… Czy w ogóle coś jeszcze potrafi poruszyć moje serce?
Pytanie niby proste, niby naiwne, ale myślę, że nie do końca… 

Pracując w szkole, niekiedy czytałam głośno fragmenty lektur, by zachęcić dzieci do poznania dalszej treści… Nieodmiennie wzruszał mnie los Jacka Soplicy i przepiękne opisy przyrody w Panu Tadeuszu…  Ale wzruszał mnie też los Nemeczka, Antka czy Janka Muzykanta… Gdy umierający Janek pytał swoją matkę, czy Pan Bóg da mu w niebie prawdziwe skrzypki, głos uwierał mi w gardle… Płakały dzieci… Ja też… Infantylizm? Być może… 

Dzisiaj nie czytam już o Janku Muzykancie, wzrusza mnie wiele życiowych spraw dotyczących ludzi pokrzywdzonych przez los, smutnych i nieszczęśliwych… Pozostały też inne wzruszenia…
Zatem… co mnie wzrusza?
Dobroć i nieudawana pokora ludzi…
Czyste, niewinne oczy dzieci…
Wzrusza mnie ciągle Ania z Zielonego Wzgórza…

W naszym kościele – wzrusza mnie piękny śpiew naszego ks. Proboszcza, Agnieszki i Piotra czy młodzieżowej scholi i chóru…
Błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem udzielane dzieciom przez ks. Krzysztofa…
Wiele dobrych słów płynących od ołtarza…
Ofiarność wielu ludzi, również naszych kapłanów…
Każda procesja w oktawie Bożego Ciała… 
Każda adoracja Pana Jezusa, ukrytego w monstrancji…
Dobrze, że siedzę w pierwszej ławce, bo nikt nie widzi, jak wilgotnieją oczy… Łzy jednak nie są najważniejsze, ważne, aby nie wyschło serce… 

niedziela, 10 czerwca 2012

Podążając za Chrystusem...

Iść, ciągle iść w stronę słońca… To słowa piosenki bardzo popularnej przed laty… Słowa symboliczne, z pięknym przesłaniem!

Słońcem jest dla mnie wszystko, co piękne, jasne i czyste… Można by to jeszcze bardzo szeroko rozwinąć… (Może innym razem…) Słowa, które przypominają mi się dość często, a teraz, w każdej procesji, wydają się szczególnie aktualne. W tym wielkim marszu – w uroczystość Bożego Ciała, podążają za Chrystusem tysiące ludzi, a później – codziennie w procesjach wokół parafialnego kościoła.

Idziemy razem – Ty i ja – w stronę symbolicznego Słońca – Chrystusa, bo w Nim widzimy nie tylko Boga, ale i kochającego Ojca, Przyjaciela - jedyny nasz drogowskaz w pokrętnych ścieżkach życia, jedyną drogę, którą chcę iść zawsze!
Pomagaj nam, Jezu, abyśmy nigdy z niej zeszli! Bądź naszym Słońcem, naszą Gwiazdą Przewodnią…   


sobota, 9 czerwca 2012

W oktawie Bożego Ciała w naszej świątyni…

To wyjątkowo piękna i uroczysta oktawa! Przez osiem kolejnych dni zbieramy się na Mszy św., przyjmujemy Pana Jezusa do swych serc, modlimy się do Niego litanią, a później  w procesji kroczymy za kapłanem… Przeżywamy kolejny raz uroczystość Bożego Ciała… Pan Jezus wychodzi codziennie na zewnątrz świątyni,  ukryty w monstrancji. Spogląda uważnie na swoje dzieci, podążające w procesji… Uśmiecha się, przytula do serca, błogosławi... Dziękujemy Ci, Jezu!

środa, 6 czerwca 2012

Jeszcze kilka refleksji...

Na koniec – tak sobie myślę! – jestem winna przynajmniej kilka słów wyjaśnienia moim Czytelnikom… Bardzo często wracam pamięcią do rodzinnych Pniew na moim blogu. Trawestując słowa naszego wieszcza, mogę powiedzieć, że dom rodzinny pozostanie w pamięci czysty i święty, jak pierwsze kochanie… I tak jest w moim przypadku! Mój DOM – to świętość, którą chowam w sercu, jak największy skarb – bo to najdrożsi Rodzice, Bracia i to wszystko, co zostało mi w tymże domu przekazane, co pomaga trwać…

Większość mojego życia spędziłam w Przeźmierowie… Ciepłe wspomnienie domu rodzinnego nic nie umniejsza wszystkiego, co tutaj przeżyłam i w dalszym ciągu przeżywam… Najbliższy jest mi nasz obecny kościół i wszystko, co w nim się dzieje. A dzieje się bardzo, bardzo wiele! To tutaj podążam, by spotkać Chrystusa, to tutaj spotykam bliskich ludzi – naszych parafian… Kocham tych ludzi, kocham mój kościół… I nie ma w tym żadnej przesady!

Po procesji...

Pewnie zapytacie, co robimy po uroczystości… Emocje opadają, bo – nie ma co ukrywać – iż obok wielkiej radości, że na naszym ołtarzu gości sam Bóg, jest też pewien stres… Czy wszystko się uda? Czy wielki wazon (nota bene ślubny moich Rodziców) nie spadnie z ołtarza? Czy świeczki nie zgasną? Czy nie zacznie padać deszcz?
Ale po kolei… Po uroczystości ludzie rozchodzą się do swoich domów… Wielu z nich podchodzi do naszego ołtarza, by zerwać gałązki młodych brzózek i później zawiesić je w swoich domostwach… Jest to bardzo miły zwyczaj, przy okazji można też zamienić kilka słów z dawno niewidzianymi znajomymi… Panuje serdeczna atmosfera…
Wszystko wraca na swoje miejsce – podium, stół, świeczniki, figury i obrazy… Aż do następnego roku.

Pamiętam z dzieciństwa również humorystyczne zdarzenia…  Jak napisałam na początku swej opowieści o przygotowaniach do Bożego Ciała, kiedyś plotło się kilka girland… Otóż po procesji (kiedyś nie było Mszy św. na rynku) panowie ściągali girlandy, spiesząc się, by nie zaskoczył deszcz… (bo było najczęściej tak, że w czasie procesji świeciło słońce, a krótko po niej zaczynało padać) Na ten moment czekały dzieciaki… Przybiegała cała gromada… Ciągnęliśmy girlandy na podwórze i zawijaliśmy się w nie – im wyżej sięgały, tym lepiej… Na końcu nikt z nas nie umiał się wydobyć. Ależ to była frajda!
Pamiętam też inne zdarzenie z dzieciństwa… Miałam trochę ponad sześć lat, a mój brat – trochę więcej niż trzy. Namówiłam go do skakania po brzegu podium, które stało ukosem oparte o ścianę domu gospodarczego. Jako dzieci nie ważyliśmy wiele, ale energiczne skoki spowodowały, że podium się przewróciło i całkowicie nas przykryło… Nie muszę Wam mówić, co to było! Jaki strach! Krzyczeliśmy tak przeraźliwie, że w końcu usłyszał nas Ojciec, podniósł podium i … spuścił mi lanie – jako pomysłodawczyni! Musiał przeżyć stres jeszcze większy niż my!

Te zdarzenia w niczym nie umniejszyły powagi wielkiej uroczystości! Boże Ciało – to przecież święto radości, czczone z wielkim pietyzmem!

Oby tylko moje kochane wnuki nie odziedziczyły moich osobliwych pomysłów! (A było ich znacznie więcej! Nie o wszystkich wypada pisać…)