„Niech cię Pan nagrodzi szczęściem za
to, co mi dziś uczyniłeś.” (1 Sm 24, 3-21) Te słowa wypowiedział król
Saul do Dawida; usłyszeliśmy je w czasie wczorajszej Mszy św.
Myślę, że warto zatrzymać się nad tym
błogosławieństwem i rozważyć sens tych słów. Błogosławieństwo to wielki dar.
Błogosławiła nas matka, kreśląc krzyżyk na naszym czole, błogosławił nas ksiądz
– katecheta i błogosławi nadal każdy kapłan, trzymający w dłoniach monstrancję z
Najświętszą Hostią. To tak, jakby błogosławił nas sam Pan Jezus!
Błogosławieństwo w potocznym znaczeniu –
to nic innego, jak dobre, z serca płynące życzenie.
Nieraz jest nam przykro, nawet zdarza się,
że pomstujemy na ludzi, którzy wyrządzili nam krzywdę, do których mamy żal z
różnych powodów albo po prostu ich nie lubimy. I wtedy nasuwają się nam złe myśli…
A to błąd! Przecież to nie zmieni naszych z tymże człowiekiem relacji ani nie
stanie się on lepszy.
Spróbujmy wysłać ku tej osobie błogosławieństwo
– w myślach, prosząc o pomoc swojego Anioła Stróża. Tak radził św. Ojciec Pio.
Ja też korzystam z tej sugestii od lat. To naprawdę pomaga! Bo błogosławieństwo
– to nic innego, jak życzliwe przekazanie myśli ku innej osobie. Naprawdę warto
spróbować. Złe nastawienie ku komuś nikogo nie zmieni, ale życzliwe myśli – tak!
A zatem błogosławmy – nie tylko tych,
którzy wyświadczyli na dobro (jak w/w Dawid królowi Saulowi), ale każdego spotkanego
człowieka, zwłaszcza tego, który nas
denerwuje, który wg nas źle postępuje… Każde błogosławieństwo pomaga i zmienia
tego, ku któremu je wysyłamy! Nas też, bo uczy bezinteresownej życzliwości!
Wpis: 24 stycznia godz. 16:10